piątek, 20 lipca 2012

Znowu wolne

Zaczęły się ferie zimowe. Pierwszy dzień spędzam na sprzątaniu. Nigdzie nie wyjeżdżam. Nie stać mnie na wyjazd w góry lub nawet na krótki wypad. Wieczorem przyjeżdżają znajomi.  Ty leniuchu - wołają od drzwi. Znowu masz wolne. Siadają przy stole, na którym piętrzą się jeszcze dokumenty szkolne. Nie schowałam ich wiedząc, że będę musiała do nich usiąść. Zagryzam zęby. Nie tłumaczę, że ciężko pracuję. Nie mówię, że wolne mi potrzebne, bym nie warczała na uczniów po kilku miesiącach. Nikogo to nie interesuje. Wypiliśmy kawę i zostałam sama. Zastanawiałam się, dlaczego nie wyznaczono w szkołach ośmiogodzinnego dnia pracy dla nauczycieli.Dziś się mówi, że pensum to osiemnaście godzin, a mamy pracować czterdzieści. To bardzo wygodne. Dyrektor dając mi kolejne obowiązki, mówi: 
- Pracujecie czterdzieści  godzin. 
Nikt nie liczy, ile czasu poświęcę na pracę. Czterdzieści godzin rozciąga się w nieskończoność.Nigdy nie mogę powiedzieć: mam wszystko zrobione. W nagrodę słucham komentarzy znajomych, ludzi w sklepie i wszystkich wokół, że mamy tylko wolne, że nic nie  robimy.
Budzi się we mnie przekonanie, że odpowiedzialne za obecny stan rzeczy jest ministerstwo. Nie wprowadzi nigdy ośmiogodzinnego dnia pracy w szkołach. Dlaczego? Ponieważ cały warsztat pracy nauczyciele mają w domach. W szkole praca własna, po lekcjach, nie jest możliwa. W pokoju nauczycielskim nie ma  gdzie rozłożyć zeszytu. Nauczyciele ledwo się tam mieszczą. Brak miejsca na książki i dokumenty do własnej pracy. Jest jeden stary komputer, działa kiedy chce,  nie ma podłączenia do drukarki. Brak skanera i ksero. Jak przygotować  materiały na lekcję? Muszę zrobić to wszystko w domu. W szkołach nie istnieje nawet miejsce, gdzie nauczyciel może zjeść spokojnie śniadanie czy chwilę odpocząć po lekcjach. Tak więc nie wprowadzą normalnego dnia pracy w szkołach. Nie można kazać komuś pracować osiem godzin tam, gdzie brak jakichkolwiek warunków do pracy.Obecny stan jest dla wszystkich wygodny. Każdy nauczyciel ma małe biuro w domu, w pełni wyposażone za własne pieniądze.  Ma też kilka szaf wypełnionych papierami. Wszystko się przyda, musi być pod ręką. To że społeczeństwo uważa nas za nierobów, jest wszystkim na rękę. Jak nauczyciele będą krzyczeć o podwyżki, to się im przypomni osiemnaście godzin w tygodniu i taką dużą ilość wolnego! Niech wiedzą, że społeczeństwo tyra na ich pensje. Zabieram się za robienie miejsca w domu na nowe dokumenty szkolne.Zawsze go brakuje.

sobota, 14 lipca 2012

Masz nadzieję...

Twoje dziecko idzie do gimnazjum. Nie jest genialne jednak radzi sobie dobrze. Trochę nudziło się w szkole podstawowej. Masz nadzieję, że teraz będzie lepiej. Może program ciekawszy, nowe przedmioty, różni nauczyciele. Zobaczymy, może nie będzie tak źle. Idziesz z dzieckiem na rozpoczęcie roku. Mało rodziców- myślisz -  no cóż pewnie za bardzo się przejmuję. 
Stare konie palą papierosy w krzakach przy szkole.
- K..., zobaczcie jaki mały szczyl -zawołał jeden z palaczy na widok twojego dziecka.
Trochę się zdenerwowałaś? To nic. To dopiero początek. Na boisku ustawiają się dzieci. Nauczyciele zbierają uczniów w klasy. Stajesz dalej, by nie robić dziecku obciachu. Dyrektor mówi krótko, brzydko i nudno. Z tyłu boiska stoi kolejna grupka uczniów. Głośne przekleństwa są tłem przemowy dyrektora. Twoje nadzieje co do nowej szkoły maleją szybko. Trzymasz jednak fason, by nie wystraszyć swojego dziecka. Jest taki mały, drobny, nie umie się odszczekać i obronić. Jak on sobie da radę, myślisz zmartwiona. Idziesz z dzieckiem do wskazanej klasy, za nowym wychowawcą. Bardzo wyrośnięty chłopak, za plecami nauczyciela, krzyczy do kolegi na cały korytarz:
- Czekaj, k.., czekaj, muszą tylko k.... , odsiedzieć chwilę, później k... spierdalamy z tego więzienia.!!! Twoje dziecko kuli się jakoś dziwnie. Rodzice patrzą po sobie. Nauczyciel chyba nie słyszał, może jednak... 

Wychowawczyni wydaje się być miła. Omawia wszystko. Wyrośnięty uczeń głośno kołysze się na krześle. Wychyla się nieostrożnie i spada na podłogę.
- K...  -mówi, ale się wy.......bałem!!!
 Nauczycielka prosi o spokój, mówi dalej.
- Ja to wszystko, k..... , wiem - woła przerośnięty  i wychodzi z klasy. 
- Słuchajta dalej, szczyle - krzyczy w drzwiach i głośno je zamyka. 
Zapada cisza. Zaczerwieniony nauczyciel tłumaczy: 
- Niestety proszę państwa, taki uczeń musi tu być do osiemnastego roku życia. Trzeci raz powtarza pierwszą klasę. Później będzie spokojniejszy. Proszę się nie martwić. Jeśli coś złego przytrafi się państwa dziecku, proszę to natychmiast mi zgłosić.
 Patrzysz na małą, drobną nauczycielkę. Jak zgłoszę, to co ona zrobi? Da znać policji? Pobiją mi dziecko, jeszcze go bardziej zastraszą? Zaczynasz się poważnie denerwować.   Dzieci w klasie opuściły głowy. Nikt jakoś nie cieszy się początkiem roku szkolnego. Myślisz, czemu moje dziecko nie miało lepszych stopni .Znalazłoby się w szkole przy liceum. Tam jest spokojniej. Teraz już za późno, stało się!  Gimnazjum rejonowe. Trzy lata. Boże, całe trzy lata! A takie miałaś nadzieje...

czwartek, 12 lipca 2012

Powołani do warcholstwa!

W każdej szkole prawie wszyscy to nauczyciele z powołania.Tylko rodzaj powołania bywa zdecydowanie różny dla różnych nauczycieli! Istnieje bardzo niewielka grupka powołanych do pracy z uczniem, pasjonatów nauczania,  siłaczek. Nigdy nie narzekają. Robią swoje i są zadowoleni.Obok nich funkcjonuje inna grupa nauczycieli, zdecydowanie bardziej liczna. Są to nauczyciele z silnym powołaniem do warcholstwa. Ci narzekają na wszystko: system,  uczniów, rodziców, płace, jednak nigdy nie rezygnują z zawodu. Mają przecież misję. Ich cel jest prosty: uzyskać święty spokój i wypłatę. Czasami trochę im żal, że nie mają takiego szacunku i posłuchu, jakiego oczekują. Samoocenę mają niezwykle wysoką,  nie nurtują ich żadne wątpliwości, wiedzą dosłownie "wszystko" , niczego się już nie uczą. Dawno przestali się doskonalić lub choćby czytać.  No cóż, życie nie zawsze jest sprawiedliwe - myślą sobie czasami- jakoś to trzeba unieść. Unoszą to wszystko z miną męczennika, który jest duchem ponad wszystko.

niedziela, 8 lipca 2012

RZETELNA OCENA

Koniec roku szkolnego to trudny okres dla uczniów i nauczycieli. Ci pierwsi mają do przygotowania mnóstwo dokumentów i muszą wystawić stopnie. Ci drudzy muszą jeszcze powojować o oceny, jeśli wcześniej wypadło im to z głowy. Zaczynają się pielgrzymki rodziców do szkoły, najczęściej tych, których nauczyciel cały rok nie widział. Odnoszą one skutek. Czasem wystarczy krótka rozmowa z nauczycielem i o dziwo ocena ulega zmianie .Najczęściej wówczas, gdy rodzic jest stanowczy i pewny siebie. Wnioski nasuwają się same. Pod koniec roku w pokoju nauczycielskim jest jak w ulu. Trzeba  dobrze wstrzelić się w ocenę niedostateczną u ucznia, tak by nie przychodzić na egzaminy poprawkowe w sierpniu. Jak to zrobić? Uczeń musi mieć przynajmniej dwa stopnie niedostateczne. No i zaczyna się!
- Kto da Jasiowi jedynę? Co? Nikt? Tylko ja?! - wrzeszczy nauczyciel. 
- Co, nagle się zaczął uczyć?! Cały semestr nic nie robił i tak przeszkadzał! 
- U mnie pracował - mówi ktoś nieśmiało. 
Ciekawe, zawsze tak jest,  wszyscy się litują. Zapada cisza. Na kolejnej przerwie dopada mnie geograf. 
- Ten mój gówniarz (pada imię) ma tyle jedynek a u ciebie, na takim trudnym przedmiocie, ma dopa?!!! - mówi. 
- Tak, starał się - odpowiadam. 
- Co nagle u ciebie taki zdolny - kolejny atak. 
- Nie - bronię się głośno- to ja taka zdolna jestem. 
Zapada cisza. Inni patrzą po sobie znacząco. Efekt osiągnęłam, za stary belfer jestem, żeby ktoś za mnie wystawiał stopnie.

czwartek, 5 lipca 2012

TRÓJKI GIERTYCHOWSKIE

Należę do pokolenia lat 80-tych ( pierwszy Jarocin, Rock na Pojezierzu Brodnickim, Olsztyńskie Noce Bluesowe, Rawa Blues w Katowicach, itd., ipt.). Do pokolenia buntu i pól makowych , pokolenia stanu wojennego, podczas którego, będąc w klasie maturalnej, wieszaliśmy krzyże w szkole, a komisarz wojskowy straszył nas wilczymi biletami.Obroniliśmy i krzyż i swoje młode poczucie godności, choć wszyscy dorośli wtedy drżeli w trosce o nas. Do pokolenia Jana Pawła II i wielkich pielgrzymek do Częstochowy, które urastały do rangi manifestacji narodowowyzwoleńczych. Wydawać by się mogło, że my wiemy najlepiej , jak się nie bać, jak się buntować, jak stać na straży własnego "ja", jak żyć, aby zawsze móc spojrzeć sobie w twarz, że już przeszliśmy bojowy ogień, że nie damy się zeszmacić.
Prawie trzydzieści lat później jestem zastraszonym, uległym i uniżonym sługą pana dyrektora, który nie ma pojęcia o prowadzeniu szkoły, ale ma układy, więc to on jest dyrektorem , nie ja. Jestem belfrem poniżonym, bo pracuję w najgorszym gimnazjum w mieście, człowiekiem wzgardzonym, którego nikt w najbliższym środowisku nie szanuje, a społeczeństwo nienawidzi, bo pracuję tylko 18 godzin w tygodniu, a prasa się rozpisuje, że zarabiam 4800 na miecha. I kurwa po co ja tak walczyłem o ideały?! Było kombinować, lizać dupy dla układów, wymiatać bezlitośnie konkurencję knowaniami, a nie marnować tylu lat na studia i dokształacanie się. Żyłoby się lepiej. Jestem jedynym w paczce znajomych, którego nie śmieszy "Dzień  Świra", bo tylko ja kurwa wiem, jaką gorzką prawdę o życiu belfra zawarto w tym filmie. I niech mi nikt nie próbuje tłumaczyć, że PiS jest lepsze od PO, a lewica bardziej kocha Polskę od prawicy. Czuję się przez wszystkich oszukany i wyżęty jak ścierka...

JAK TU SIĘ NIE NAROBIĆ, A ZAROBIĆ ?

Niż demograficzny - największy wróg nauczycieli, szczególnie niezbyt pracowitych. Nasza szkoła przeżywa kryzys. Co tam kryzys, to prawdziwe załamanie pogody dla bogaczy. W tym roku szkolnym mamy tylko 11 klas. Do października mieliśmy nadzieję, że się uda stworzyć dwunasty oddział. Niestety. Wniosek?  Trzeba zlikwidować stanowisko wicedyrektora. Nasza pani wicedyrektor straci możliwość całodziennego przesiadywania w pokoju nauczycielskim i utyskiwania, że jest przemęczona i od ósmej rano chce do domu. A przemęczona naprawdę jest. Od ósmej do dziesiątej - siedzenie w pokoju, opowieści o wnukach. Od dziesiątej wizyta u intendentki, najlepszej przyjaciółki, na kawie. Później wspólne wyjście przed szkołę na ulicę, aby zapalić papierosa. Z jednej strony ulicy one, z drugiej-uczniowie. W okolicach południa powrót do pokoju i dalsze rodzinne opowieści. Od czternastej odliczanie i medytacje, jakby tu  przyspieszyć czas. Wreszcie punkt piętnasta! Do domu!!!! Prawda, że męczące? Na rękę około sześciu patoli, bo oprócz funkcyjnego, 20% motywacyjnego, pół etatu widmo w bibliotece, bo nikt nie widział jej tam pracującej  (stworzono fikcyjne pół etatu, żeby kasy więcej miała biedaczka ), co roku nagrody dyrektora. Oprócz tego  w godzinach pracy wykonywanie funkcji członka komisji egzaminacyjnych w zaprzyjaźnionej szkole zaocznej. To raczej robota sezonowa, ale dość dochodowa, bo egzaminy zawodowe i maturalne. Ponad miesiąc siedzenia . No i wreszcie ten socjal z kupki do podziału.
A teraz taka  tragedia. Pogrążone w żałobie wspomożycielki pocieszają ją jak mogą. Co teraz? Nie ma dla niej funkcji wicedyrektora ani zwykłego etatu. Jest nauczycielem nauczania początkowego, jednak w gimnazjum niczego jej to nie daje. Ma też uprawnienia do pracy w bibliotece. Ale tam pracuje na cały etat kumpel i nie ma już dla niej  dodatkowych godzin. Wychodzi na to , że straci pracę. Dyrektor, któremu zawsze donosiła pierwsza, co kto na niego powiedział, a kto jest przeciw niemu, bo z tego miała bardzo wymierne  profity, a nazywany przez nią pieszczotliwie pierdolonym szczurkiem, ruszył na pomoc. Znalazł dla niej pracę w innej dzielnicy w szkole podstawowej. Gdy jej to zaproponował, dostała szału. Jak to ? To ona ma teraz, po tylu latach"dyrektorowania" nagle zacząć pracować????
- Ja nie będę na stare lata nagle zapierdalać! Niech sobie nie myśli ten pierdolony szczurek!!!!!! Tutaj musi znaleźć dla mnie robotę.

wtorek, 3 lipca 2012

PREZYDENT, SOCJALNI I WALECZNI

Mglisty ranek. W pokoju nauczycielskim siedzi nasz kolega przy komputerze. Dokonuje zapisów w dzienniku elektronicznym. Znany jest z tego , że lubi być niewidzialnym cieniem własnego "ja". Zawsze wszystkim schodzi z drogi, nigdy nie rozmawia z tymi, którzy weszli w drogę staremu, szczególnie nie robi tego na korytarzach i boisku szkolnym. Tam jest monitoring. Dyro wszystko obserwuje , gdy zachodzą jakieś konfliktowe sytuacje. Po co się narażać. Przystanięcie z kimś z nas, "wrogami ludu i dyktatora", grozi utraceniem łask na zawsze, a co za tym idzie, stratą pracy. Jak już więc wspomniałem , siedzi przy komputerze. Przy sąsiednim stoliku siedzi wicedyrektorka. Milczenie. Nagle do pokoju wchodzi koleżanka protegowana. Chyba ze...czwarta, nie...druga po bogu. Pierwszą jest żona, drugą ona, trzecią kochanka dyrektora. Ta ostatnia chwali się wszystkim, że przed laty straciła z nim dziewictwo. To naprawdę poważny element nobilitacji. Inne protegowane też z nim spały, jednak się przez lata roztyły, zestarzały. Dyro ,nazywany też prezydentem, nie zwraca już na nie większej uwagi, ale ciągle są pod ochroną. Mimo wszystko należą do haremu.  Kochanka jest nadal jara. Już, już wracam do początku. Wchodzi więc druga po bogu. Wicedyrektorka ożywia się na jej widok i mówi:
- Słuchaj, powiesiłaś plakat, można iść na spektakl do teatru z funduszu socjalnego, dobra obsada, niezła sztuka...
Na co druga po bogu odpowiada:
- No coś ty, oszalałaś?! Powiesiłam,nikt nie zareagował, za chwilę go zdejmę, a pieniędzy nie tykamy. Niech się zbiera ta kupka. Będziemy mieli więcej.

poniedziałek, 2 lipca 2012

macierzyństwo

Idę do uczennicy do domu. Ma siedemnaście lat. Właśnie urodziła córeczkę.Ojciec dziecka przebywa w  więzieniu za pobicie. Dziewczynka jest w drugiej klasie gimnazjum. Drzwi otwiera mi jej mama. Na ręku ma niemowlaka. Drugą ręką , z papierosem, manipuluje przy drzwiach. Jest jeszcze w koszuli nocnej:
-Pani wejdzie - mówi- córka zaraz przyjdzie, wyszła do sklepu. Dopiero wstałyśmy. Mamy dziś takiego lenia, że nie gotujemy obiadu.Córka coś dzisiaj kupi w sklepie - słucham zdawanej  relacji matki. Cały czas nie przestawała palić papierosa. Wydmuchiwała dym wprost na niemowlę. Smutny widok, myślałam. Usiadłam w fotelu, między niezasłanymi  łóżkami. Pracowałam od siódmej piętnaście. Była dwunasta. One dopiero wstały. Dwie kobiety w mieszkaniu i taki bałagan!
                      W kącie pokoju stały paczki z pieluchami i środki czystości:
- Muszę to posprzątać - powiedziała kobieta, Córka wczoraj była w opiece społecznej. Przyniosła to wszystko i tak rzuciła - wyjaśnia, zapalając kolejnego papierosa. Dziecko popłakuje:
- Głodne - mówi babcia. Dziewczyny ciągle nie ma. Mija dużo czasu. Nikomu nie żal czasu przeznaczonego na lekcje. Nauka tu nie jest potrzebna. Nie będzie też potrzebna za kilka lat temu maleńkiemu dziecku. Nikt nie wykształci w nim chęci do nauki. Dziecko podrośnie. Stanie się kolejną młodą kobietą, która wcześnie rodzi dzieci i staje w kolejce do opieki społecznej. Obym się myliła. Mija dwadzieścia minut z czterdziestu pięciu przeznaczonych na zajęcia. Wraca uczennica:
- Stałam w kolejce -  mówi bez słowa przepraszam. Przyniosła całą reklamówkę gotowego jedzenia. Musimy to zjeść bo wystygnie:
- Pani poczeka - mówi. Czekam. Zostaje dziesięć minut zajęć. W tym czasie dziewczyna karmi dziecko. Wychodzę, wracam do szkoły z poczuciem beznadziejności i smutku. Miało być inaczej! Miałam zachęcać uczniów, porywać ich do pracy, odkrywać piękno nauki. Kogo mogę poprowadzić za  sobą? To nie ja powinnam tam być. Może ktoś, kto nauczy tą młodą kobietę,  jak wychować swoje dziecko? Tylko kto to ma być? Kto zauważy taki problem? Kto za to zapłaci? Żal mi niemowlęcia. Nie w takim domu powinno się urodzić. 

piątek, 29 czerwca 2012

lekcja szósta

Kolejny, zwykły dzień.Dwie lekcje,  dwie godziny okienka i ponownie dwie lekcje. Mam torbę pełną sprawdzianów. Może coś zdążę sprawdzić w tak zwanym międzyczasie. Zaparzyć kawę! To najważniejsza czynność. Dla niej warto przyjść wcześniej do pracy. Jak jesteś na styk, to przegrałeś. Rzucasz płaszcz do obleśnej, zagraconej szafy i pędzisz na dyżur. Pędzisz z szybkością zależną od frakcji, w której jesteś. Frakcja blisko władzy"pędzi" znacznie wolniej,  często przegrywa z dzwonkiem na lekcje.Ja mam gorzej, cieszę się, że jestem odpowiednio wcześnie. No i rytuał: najpierw stara szafa (nogą popycham wypadające z niej klamoty- nikomu niepotrzebne), później czajnik. Dopadam do brudnego, zakamieniałego naczynia, Znów trzeba się modlić, żeby działało szybciej. Za chwilę przerwa. Wpadnie  tu trzydzieści osób i wszyscy do czajnika.... Udało się. Jest kawa! Dzwonek. Równo z dzwonkiem któryś z uczniów kopie nogą do pokoju nauczycielskiego. Jak zdążył tak szybko wyjść z sali? Proste, to on dyktował warunki, a nie nauczyciel. Na szczęście nie muszę interweniować, bo ktoś z idących już to zrobił. Wolna od obowiązku poluję na dziennik. Zdobyć go graniczy z cudem. Nauczyciel miał lekcję  na drugim piętrze, biegnę, nie  ma go, sala zamknięta. Biegnę na parter, bo tam miał  dyżur. Dzwoni dzwonek na lekcję. Nauczyciel z uśmiechem rozmawia z kolegą, zdąży. Wściekła wyrywam mu dziennik i biegnę na drugie piętro. Pięćdziesiątka na karku daje się we  znaki.

środa, 27 czerwca 2012

lekcja piąta

Lekcja piąta.
Dzień zapowiada się spokojnie. Lubię poniedziałki. Mam zajęcia z samymi starszymi klasami. To duży plus. Z pierwszakami walczysz kilka miesięcy, czasem pół roku a niekiedy i rok. Nie znają ciebie, są anonimowi i pozwalają sobie na wiele. Trwa wojna. Albo ty, albo oni. Po jakimś czasie ustala się równowaga.Oni odpuszczają, a ty masz nadzieję, że już cię zaakceptowali i rozumieją zasady pracy. Tak jest zawsze. Do klas, które już uczyłeś, wchodzi się spokojnie. Oni już wiedzą, że nie wymyślasz, jak im dokopać. Wiedzą, że mimo wszystko ich lubisz i potrafisz czasem przymknąć oko. Lubię jak uczeń, który ma zły dzień, potrafi powiedzieć- "...posiedzę dziś, nie mogę pracować, nadrobię to." Lubię jak na początku lekcji ktoś powie: "Uczyłem się, mogę spróbować to zrobić, pomoże mi pani?" Uwielbiam jak po otrzymaniu sprawdzianów słaby uczeń potrafi zawołać:" Widzieliście, jestem wielki! Dostałem trójkę. Trzeba się było nauczyć gamonie!" Lubię jak po wejściu do sali siadają w ławkach i czekają, co mam im do zaoferowania. Bardzo rzadko źle uczy się w klasach starszych. Oczywiście, są gorsze i lepsze dni, tych lepszych jest dużo więcej.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Lekcja czwarta.

Czy wiemy, w jakich warunkach mieszkają uczniowie polskich szkół publicznych? Szczególnie ci z dużych miast? Myślę  że budowniczowie programów, reform, którzy modyfikują polskie szkolnictwo, nie mają pojęcia nawet, czyje życie próbują  reformować, nie mają pojęcia o potrzebach dzieciaków z wielkich brudnych, odrapanych kamienic i szarych podwórek Chciałbym zaprosić panią minister czy poprzednich ministrów edukacji, aby wreszcie się ocknęli i przejrzeli na oczy. Są tacy uczniowie, którzy przy naprawdę wysokim potencjale intelektualnym już na początku swego życia zostali skazani na porażkę,a w przyszłości skażą na to samo własne dzieci. Zapraszam na wycieczkę . Przewodnik - nauczyciel realizujący nauczanie indywidualne w domach uczniów.

Stacja 1 
Stara kamienica w śródmieściu. Mieszkanie w oficynie. Drugie piętro. Wchodzę.Od razu  kuchnia. Uderza mnie niezwykły widok. Pierwszym przedmiotem znajdującym się zaraz przy drzwiach wejściowych jest... muszla klozetowa! Tak, tak, klozetowa.Otwarta. Rzucam na nią okiem. Nie sposób inaczej. Tyle w niej brunatnego kamienia, że trudno uwierzyć, iż przelatuje przez to woda. Przy muszli komoda kuchenna, a na jej blacie chleb.Na przeciw komody stół kuchenny. Jest ósma rano. Matka ucznia właśnie robi śniadanie dla niego i jego rodzeństwa. Zapach publicznego klozetu pomieszany z intensywnym zapachem kiełbasy odrzucają mnie. Jestem tak zaskoczony, że nie wiem, czy w ogóle wytrzymam tu aż dwie godziny lekcyjne. Matka prowadzi mnie do pokoju. Widzę łóżko rodziców (ojciec jest brukarzem, walczy z rakiem, matka to pielęgniarka) i obok łóżko polowe dla najmłodszego dziecka, które śpi chore na anginę. Pokoje są położone w amfiladzie. Za chwilę okaże się , że w następnym pomieszczeniu śpi starszy brat ucznia, który  wagaruje. Tak naprawdę ma wyrok i powinien być w poprawczaku, jednak czeka na miejsce , bo jest przepełnienie. Siadamy do lekcji w pokoju, gdzie śpi  mały. Mówimy szeptem, żeby go nie obudzić. Słyszę zza zamkniętych drzwi kuchennych, że matka wychodzi do pracy. Nastaje cisza. Trwa lekcja. Nagle otwierają się drzwi drugiego pokoju. Widzę starszego brata tylko w slipach. Przechodzi do kuchni, przecież rano każdy z nas zaczyna od załatwienia potrzeb fizjologicznych. Razem z nim przechodzi obok nas fetor niemytego ciała, a po chwili  słyszymy wszystkie dźwięki ludzkiej porannej fizjologii.Po jakimś czasie starszy wraca do siebie, a z nim znów zapach, lecz teraz nie niemytego ciała, a klozetu...Za chwilę budzi się mały, jest zły, że go obudziliśmy. Żąda ciszy.
Po zajęciach wracam do szkoły. Jestem bardzo przybity.
Stacja 2
W czwartki po południu jeżdżę do uczennicy klasy II gimnazjum na lekcje do domu. Dziewczyna ma przyznane nauczanie indywidualne ze względu na urodzenie dziecka. Mała ma na imię Julia. Moja pierwsza wizyta w tym domu wymagała przewodnictwa matki uczennicy, gdyż rodzina mieszka w piwnicy. Wchodzi się do niej prosto z ulicy, nie z klatki schodowej. Ściany są brudne od węgla składowanego w piwnicach sąsiadów. Przemierzam długi "przedpokój, kuchnię" , a z niej przedostaję się do dużego "pokoju". Na szczęście w pomieszczeniu są okna, niestety zasłonięte w dwóch trzecich przez uliczny chodnik. Na dodatek  są od północy. Nigdy nie ma w tym pomieszczeniu słonecznych promieni. Panuje piwniczny zaduch, czuje się wilgoć . Maleństwo często płacze. Lekcje przerywane są karmieniem malutkiej. Uczennica karmi ją piersią. W tym domu mieszkają oprócz niej, dziecka i matki jeszcze dwaj bracia. Są też dwa psy, w tym jeden duży z rasy psów agresywnych i kundel. Zajęcia w tym "domu" to czysta fikcja. Dziewczyna nie może się skupić na pracy z wiadomych powodów. Matka ( walczy z rakiem piersi) nie chce jej pomóc w pracy przy dziecku, gdyż uznaje, że córka powinna sama ponosić ciężar wychowania, żeby "wiedzieć jak to jest".

piątek, 22 czerwca 2012

Lekcja trzecia.

Piątek. Pierwszy dzień miesiąca. Siedem godzin i wolne! Wszyscy czekają na długi weekend. Pięć dni to już coś, można odpocząć. Może spotkanie z przyjaciółmi? Wszystkich dawno zaniedbałam. Brak czasu. Dzień mija. Zajęcia toczą się spokojnie. Uczniów jak na lekarstwo. Tak jest zawsze przed wolnym. Dzieci wydłużają sobie "urlop od szkoły" w prosty sposób. Dzień przed wolnym i dzień po idą na wagary. Czysty zysk! Tylko dwa dni bez usprawiedliwienia i tydzień wolnego! Proste, logiczne i łatwe w realizacji, kto by nie skorzystał !!!
Wracam do domu trochę mniej zmęczona niż zwykle. Po drodze duże zakupy, chwila paniki, czy o wszystkim pamiętałam. Rzucam w kąt prace uczniów, zeszyty, sprawdziany. Nie tknę tego cztery dni - obiecuję sobie. Wieczorem zmieniam zdanie. Zrobię wszystko. Nie będę się później stresować, że odpoczywam, a praca leży. Kończę o dwudziestej trzeciej. Bolą mnie plecy, pieką oczy. Jutro WOLNE - myślę, jakie to piękne!
A, jeszcze tylko przelewy pieniędzy. Dwoje dzieci na studiach, poza miejscem zamieszkania, to niestety duże koszty. Pierwszego zawsze przesyłam im pieniądze na "dożywianie" (kwatera, i życie). Otwieram konto - PUSTO!!!. Pięć tysięcy debetu...... Co jest do k.... ? Wpłaty brak, za to ubyło na kredyt, stałe opłaty za mieszkanie, obsługę konta, telefon. Wpadam w panikę. Pięć dni wolnego, co zrobię?! Łapię oddech i powiększam debet o wpłaty dla dzieci. Przecież muszą za coś żyć. Jak im wytłumaczę, że moja pensja nie wpłynęła?
Całą  noc nie śpię.Jeszcze jedna wypłata i przekroczę debet! Liczę, ile potrzebuję, by przetrwać długi weekend. Odwołam spotkanie z przyjaciółmi, nie kupię fajek, posiedzę pięć dni w domu, licząc odsetki z debetu !? Rano rozdzwoniły się telefony. Wszyscy pytali o kasę. No cóż, ktoś zapomniał, pomylił się ? Diabli wiedzą.

środa, 20 czerwca 2012

 Lekcja pierwsza:
Uczeń, 17 lat,  trzeci raz powtarza pierwszą klasę  gimnazjum. Pokazuje się na początku roku szkolnego, bo zwykł przychodzić do szkoły tylko sporadycznie, by nie płacić kary za niewywiązywanie się z obowiązku szkolnego. Wchodzi na te zajęcia, gdzie może  się wygłupiać, głośno rozmawiać, chodzić po sali.  Czasami siedzi w ławce, milcząco przyglądając się klasie. Książek i zeszytów nie posiada. Nie wykonuje żadnych poleceń. Byle do osiemnastego roku życia! Skreślą go wówczas z listy uczniów. Rodzice nie zapłacą kary, a on odzyska wolność. Jak ją wykorzysta, łatwo sobie wyobrazić.
Jakie  ma możliwości nauczyciel?  Porozmawia z uczniem, może po kilku miesiącach usilnych starań spotka się z rodzicami, napisze opinię do sądu i rok minie, o ile uczeń ma stałe zameldowanie. W przeciwnym razie nawet nie wiadomo, gdzie go odwiedzać , sprawdzać, mieć nad nim kontrolę. W kolejnych latach ten sam scenariusz zrealizuje i uczeń i wychowawca. Z całej sytuacji wnioski wyciągną uczniowie, koledzy z klasy (może Twoje dziecko?). Szybko zauważą bezradność nauczyciela, pedagoga szkolnego, dyrektora i sądu dla nieletnich. Ile potrzebują czasu, aby przejąć zachowania doświadczonego kolegi? Jak myślisz?

sobota, 16 czerwca 2012

Pierwszy września



Ważny dzień. Rodzicu! Twoje dziecko idzie po raz pierwszy do szkoły! Masz się cieszyć, czy wręcz odwrotnie? Przecież nagle ktoś obcy ma zacząć ingerować w jego wychowanie i kształcenie. Ktoś po za Tobą będzie kształtował jego sposób myślenia, system wartości, sposób widzenia siebie.  Przez długi czas zadawałeś sobie pytania:
  • Jaką szkołę wybrać?
  • Ile zajęć dodatkowych nałożyć na barki swojego dziecka?
  • Jak zachęcić go do nauki?
  • Czy polubi nauczyciela, kolegów?
  • Czy da radę funkcjonować w grupie rówieśniczej?
  • Czy  będzie bezpieczny?
  • Czy będzie się rozwijać intelektualnie,  emocjonalnie, twórczo?
  • Czy nabierze poczucia własnej wartości?
  • Czy znajdzie przyjaciół?
  • itp. .............................................?
Można długo wyliczać wszystkie wątpliwości, obawy,  lęki. Można także udawać, że obawy te nie istnieją „przecież nie jest fajtłapą, jakoś sobie poradzi”.  Wygodne, proste rozwiązanie dla wielu rodziców. Najczęściej metoda ta się sprawdza. Dziecko radzi sobie raz lepiej, raz gorzej, ale w konsekwencji brnie do celu. Najczęściej z niechęcią i bez zapału dociera do końca edukacji. Tylko czasem pojawia się myśl; „gdzie zniknął jego zapał i radość uczenia się? Uspokajamy się natychmiast, tłumacząc sobie, że wszystkie dzieci są leniwe i krnąbrne , trzeba to przeżyć i już. To taki etap, prawda? Można tak właśnie, zachowamy spokój i optymizm co do przyszłości naszej pociechy. Dotyczy to jednak niewielu rodziców. Duża część uczniów ma kłopoty na którymś z etapów edukacji. Wówczas trzeba siłą rzeczy wejść w bliższy kontakt  ze szkolną rzeczywistością. Dobrze jest mieć świadomość jak ona wygląda.
Czy jest się czego bać?  Zdecydowanie tak!!!

sobota, 2 czerwca 2012

Lekcja druga
Klasa pierwsza gimnazjum. Wchodzę do sali. Uczniowie, mali , niewyrośnięci. Przedstawiam się, sprawdzam obecność, podaję temat lekcji. Widzę, że na końcu pod oknem umościło się rozbawione towarzystwo znajomków. Aby zwrócić uwagę na to , co dzieje się w klasie, proszę jednego z chłopców ( ma może niecałe metr pięćdziesiąt), aby podszedł do tablicy i zapisał temat na tablicy, na co słyszę odpowiedź : " No co ty kurwa, nie widać , że literki mnie nie kręcą?". Udaję, że nie słyszę. Opuszczam zapis tematu. Podaję notatkę organizacyjną. Tył coraz pewniej się czuje,jest coraz głośniejszy. Kończę zajęcia. Po lekcjach idę do pedagoga szkolnego, relacjonuje lekcję, podaję nazwiska uczniów. Okazuje się , że chłopcy mają rodzeństwo w szkole ( na szczęście mi nieznane). Pedagog mówi:" Musisz być jutro ostry, nie dać sobie wejść na głowę. Jeśli są podobni do rodzeństwa, są tchórzami, tylko próbują, ile z kim mogą. 
Następnego dnia wchodzę, trzaskam drzwiami, że wióry lecą i od początku drę się na całą grupę. działam szybko i zdecydowanie. Zmieniam modulację głosu, mówię cicho, naraz podchodzę szybko do ławki i drę się:" Otwierać zeszyty i to szybko". To robi wrażenie.Tak przez całą lekcję.  Nie wiedzą, kiedy będę krzyczał, podrygują, gdy zaskakuję ich krzykiem. Za chwilę zgłaszają się na ochotnika do wykonania ćwiczenia. Wiem, że mam ich, to ja dyktuję warunki! Metodę tę wyczytała moja młodsza koleżanka  w podręczniku dla żołnierzy, którzy w Stanach Zjednoczonych szkolą adeptów Marines.Sprawdza się. Polecam.